wtorek, 1 września 2009

Spacer

Chętnie przez cały dzień oglądałabym obchody 70-tej rocznicy wybuchu II wojny światowej w telewizji. Trzeba przyznać, że tym razem publiczna tv się postarała. Wywiady z uczestnikami tamtych wydarzeń były niesamowite. Fajne chłopaki - dziś staruszkowie, którzy mogli wreszcie podzielić się swoimi wspomnieniami bez retuszu politycznej cenzury. Jednak pogoda była taka piękna, że za namową Małgosi skusiłam się ostatecznie na wycieczkę do ZOO.
W domku dla hipopotama z akwarium morskim nadal trwają prace wykończeniowe. Lwów i tygrysów też nie widziałyśmy... no może z jednym wyjątkiem. Na wybiegu grasował taki w trójpasiastym dresiku z nożycami ogrodowymi w ręku ;-).
Najciekawszym obiektem obserwacji były jak zawsze niezawodne w tej kwestii goryle. Na pierwszy rzut oka wyglądało jakby małpy miały ze sobą na pieńku. Jedna zachodziła drugą od tyłu, następowało solidne pacnięcie zaskoczonej ofiary i ucieczka przed natychmiastową zemstą współplemieńca. Z krzykiem małpy goniły się aż na wybieg zewnętrzny. Tłumek obserwujących te wydarzenia ludzi również wybiegał z piskiem ekscytacji na mostek zewnętrznego wybiegu. Tam po chwilowym uspokojeniu sytuacji następowały dokładnie te same wydarzenia - zaatakowanie przeciwnika znienacka i ucieczka na wybieg wewnętrzny. Tłum ludzi truchtem przebiegał z powrotem z mostku do budynku. Cała akcja powtarzała się kilka razy a cały urok tkwi w tym, że małpy przed jej rozpoczęciem przyglądały się w skupieniu ludziom. Trudno było nie odnieść wrażenia, że małpy odgrywały jedynie scenkę nie mającą nic wspólnego z ich prawdziwymi relacjami tylko po to by dla własnej uciechy przyglądać się uganiającym za nimi ludziom. Ciarki przeszły mi po plecach. Zresztą przechodzą za każdym razem gdy jestem przy wybiegu goryli.

Kiedy wyszłyśmy z ZOO, w parku praskim spotkałam moją dawną przyjaciółkę Monikę (gdzieś z przełomu podstawówki i liceum) z klubu tanecznego przy osiedlowym DK. Była na spacerze z matką, prawie dorosłą już córką i psiakiem. Bardzo miłe spotkanie. W czasie rozmowy okazało się, że jej córka pomaga jako wolontariusz w przedszkolu Sióstr Loretanek. Być może znalazłoby się tam miejsce jeszcze dla mojej Małgosi, bo do Jordana jesteśmy na liście rezerwowej. W przyszłym tygodniu rozstrzygnie się, gdzie ostatecznie powędruje.

Brak komentarzy: