sobota, 26 września 2009

Impreza



Na imieninową imprezę do Edyty pojechałam z Małgosią. Walczący z infekcją mąż wolał zostać w domu z Agatką. Przyjęcie miało obfitować w gości, jednak stale wzrastająca pojemność mieszkania solenizantki rzuciła mnie w końcu na kolana. Do tej pory nie umiem wytłumaczyć dlaczego gromadka dzieci lawirując między nogami dorosłych uszła z życiem i to nawet bez jednego siniaka. Jak to się stało, że wraz ze stropem nie odwiedziliśmy sąsiadów z dołu - zagadka. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam dlaczego Edyta wraz z pomocą kilku oddanym kulinariom kumpelom (w tym mnie) zadbała o uginający się od jadła i napitku przepastny stół...
Mimo to spróbowałam chyba wszystkich specjałów. Sałatki - bomba! Wykorzystałam też okazję do rozmowy z dawno nie widzianymi ludkami - z Tomkiem (cztery lata od spływu kajakowego) i Darkiem, z którym niegdyś dzieliłam służbowy pokój. Gośka trzymała się dzielnie i nie bacząc na późną godzinę powrotu do domu podreptała do stacji metra. Niestety nie wysiadła już z niego o własnych siłach. Przytaszczyłam do domu śpiącą królewnę. Ciężką okrutnie. Ledwo osiągnęłam metę. Długo nie zapomnę tej imprezy, whow!

Brak komentarzy: