
Dzień Babci spędziliśmy najpierw na zakupach, po których wpadliśmy z wizytą do babci Marylki. Małgosia wręczyła jej osobiście wybrany bukiet w kolorach fioletu i żółci ozdobionych pomarańczowym motylkiem (myślę, że właśnie ten motylek zdecydował o wyborze). W czasie rodzinnego spotkania opowiadaliśmy sobie anegdoty z dzieciństwa (nie tylko osób obecnych). Małgoś podsłuchiwała opowiadań i powtarzała co ciekawiej brzmiące słowa. Spontanicznie nazwałam ją papugą i się zaczęło - teraz (a minęło przecież kilka dobrych dni) nie pozwala na siebie mówić Małgosia. Z uporem maniaka mówi, że jest "papuda" czasem nawet w wersji nieco wydłużonej do "papapuda". Dobrze, że jeśli już uczepiła się jednego słówka wybrała akurat to - mogło być "ciekawiej"... W każdym razie mamy teraz z jej gadulstwem niezły ubaw i wreszcie skończyły się nasze problemy w komunikacji werbalnej.
Z babcią Grażynką i prababcią Irenką mieliśmy spotkać się na sobotnim obiedzie. Niestety babci Grażyny zabrakło - rozchorowała się na dobre i musiała zostać w domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz