Wczoraj wróciliśmy z dwutygodniowego wypoczynku na Mazurach. Leniuchowaliśmy nad jeziorem Zyzdrój Wielki. W pierwszym tygodniu pobytu pogoda kaprysiła - zmieniała się się w ciągu dnia kilkakrotnie przeplatając ze sobą ostre słońce, białe obłoczki i chmury z których padały przelotne deszcze. Wykorzystaliśmy ten czas na buszowanie po okolicy. Niejednokrotnie wracaliśmy do kilku miejsc odkrytych przy okazji tych eskapad - między innymi do restauracji "Kolorada" w Rucianach, jadłodajni "Staśkowa Chata" w Mojtynach czy cukierni w Pieckach. W drugim tygodniu pogoda dopisała. Była wprost fantastyczna więc sporo czasu spędzaliśmy na brzegu jeziora. Piotrek rozkoszował się wędkowaniem, bo uklejki, płotki i okonki brały jak szalone. Żadna ze złapanych rybek nie została pożarta - wszystkie sztuki wróciły z powrotem do wody w czym chętnie pośredniczyły łapki Małgosi.
Jadzia nie mogła przyjechać do nas na weekend ze względu na psa, Małgosi też nie udało się przekonać do odwiedzin. Z męskimi przedstawicielami rodziny Grabowskich również się nie spotkaliśmy choć tak jak my spędzali wtedy czas nad jakimś jeziorkiem.
W tym roku nasze dziewczynki były za małe ale w przyszłe wakacje chcemy chociaż tydzień spędzić pod żaglami. Dlatego teraz, na otarcie łez, skorzystaliśmy z oferty Żeglugi Mazurskiej. Wybraliśmy z niej krótki rejs Wigrami z przesiadką w Kamieniu na Odylię z podwójnym śluzowaniem na Guziance. A pod śluzą, jak to zwykle pod śluzą, rozegrała się taka oto scenka.
Wigry właśnie zaczynają wypływać ze śluzy na Bełdany ale "sprytne misie" z jakiegoś czarterowanego jachtu odbijają żwawo od dalby wypływając na środek toru wodnego. Kapitan z Wigry zaczyna cicho kląć pod nosem zmuszony do wstrzymania napędu. Żeglarze z innych jachtów w skupieniu obserwują rozwój wypadków. Nagle żaglówka owych miśków staje dęba a za rufą się gotuje. Huk niemiłosierny - misie zaczepiły o maszt innej żaglówki łamiąc go na wysokości salingów. Na sąsiednich jachtach zaczyna wrzeć a nasz kapitan klnie już siarczyście. Uwolniony niespodziewanie jacht misiów rusza z kopyta by staranować następne jednostki. Nie licząc warkotu ich silnika zapada cisza - wszyscy zamierają w bezruchu. Miśki wykonują desperacki manewr piruetu na wodzie. Zaczepiają wantami o dalbę. Jakimś cudem unikają złamania własnego masztu i demolki innych żaglówek. Rozlegają się oklaski i gwizdy. Tylko na jednej łódce nadal panuje smutna cisza - tam załoga niespiesznie ściąga koło ratunkowe, które wciąż trzyma się stalówki pełniącej do niedawna funkcję achtersztagu...
Wigry właśnie zaczynają wypływać ze śluzy na Bełdany ale "sprytne misie" z jakiegoś czarterowanego jachtu odbijają żwawo od dalby wypływając na środek toru wodnego. Kapitan z Wigry zaczyna cicho kląć pod nosem zmuszony do wstrzymania napędu. Żeglarze z innych jachtów w skupieniu obserwują rozwój wypadków. Nagle żaglówka owych miśków staje dęba a za rufą się gotuje. Huk niemiłosierny - misie zaczepiły o maszt innej żaglówki łamiąc go na wysokości salingów. Na sąsiednich jachtach zaczyna wrzeć a nasz kapitan klnie już siarczyście. Uwolniony niespodziewanie jacht misiów rusza z kopyta by staranować następne jednostki. Nie licząc warkotu ich silnika zapada cisza - wszyscy zamierają w bezruchu. Miśki wykonują desperacki manewr piruetu na wodzie. Zaczepiają wantami o dalbę. Jakimś cudem unikają złamania własnego masztu i demolki innych żaglówek. Rozlegają się oklaski i gwizdy. Tylko na jednej łódce nadal panuje smutna cisza - tam załoga niespiesznie ściąga koło ratunkowe, które wciąż trzyma się stalówki pełniącej do niedawna funkcję achtersztagu...
Nie wiem co było dalej, a szkoda. Misie sprawiały wrażenie szykujących się do ucieczki z miejsca zbrodni. Ilekroć jestem na Guziance - zawsze dzieje się coś wesołego ;-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz