piątek, 26 grudnia 2008

Święta

To były najtrudniejsze Święta Bożego Narodzenia w moim życiu. Żeby samodzielnie zdążyć ze wszystkimi przygotowaniami do Wigilii kładłam się spać o trzeciej nad ranem. W sumie zrobiłam 195 uszków i inne świąteczne specjały (poza wypiekami, bo w poremontowym rozgardiaszu zapodział mi się notes ze sprawdzonymi przepisami). Zarówno Małgosia, jak i jeszcze nie narodzony brzdąc grasujący w brzuszku zadania mi nie ułatwiali. Najważniejsze, że się udało.
Wigilię u nas w domu rozpoczęliśmy później niż zakładaliśmy - tata z bratem i Karoliną przyjechali na szesnastą. Piotrek z Małgosią nie zabawili długo, tak że nasza córuś nie miała nawet szansy rozpakować prezentów spod choinki. Ruszyli we dwoje na Okrętową po drodze zaglądając z opłatkiem do mamy do szpitala. Jakąś godzinę później my też pojechaliśmy do szpitala zabierając ze sobą paczuszkę od Mikołaja, termos z barszczem i uszkami, porcję ryby po grecku i śledzi na słodko - zgodnie z życzeniem naszej chorej. Uściskaliśmy się pod zawieszonym na ramie ortopedycznego łóżka wieńcem z jemioły ozdobionym kokardami i bombkami - erzacem świątecznych klimatów w szpitalnych warunkach.
Niecałą godzinę później opuściłam szpital i pojechałam na Okrętową. Tata został u mamy do dwudziestej drugiej i jak sądzę nie wyszedłby tak szybko gdyby nie pozostawiony w domu pies i konieczność obsługi pieca grzewczego.
W pierwszy dzień świąt, tym razem bez pośpiechu, biesiadowaliśmy u nas na Targówku i oczywiście w szpitalu. Wieczorem oparzyłam sobie rękę chwytając łyżki wazowej rozgrzanej przez palnik kuchenki. Nieco później Piotrek szykując kolację przeciął sobie palec krajalnicą. Dlatego drugi dzień świąt dwójka okaleczonych sierotek ;-) wypoczywała nie opuszczając domowych pieleszy. Nawet nie wyszliśmy na spacer (nie licząc kilku wdechów rześkiego powietrza przy okazji sięgania po zapasy z balkonu). W końcu odespaliśmy zarwane nocki.

Brak komentarzy: