poniedziałek, 1 grudnia 2008

Nasze gniazdko

Poza tym, że czujemy się zmęczeni choć przedświąteczna gorączka jeszcze przed nami to jesteśmy zwyczajnie szczęśliwi. „Wicie gniazdka” czyli wspólne malowanie ścian, wieszanie karnisza, wybór i zakup mebli itd. jest z jednej strony frustrujący (chciałoby się szybciej pozbyć resztek kurzu i nie pozostać z dobytkiem trzymanym w kartonach na święta) ale z drugiej strony dostarcza mnóstwa przyjemności.
Jeszcze przez kilka dni jestem zmuszona pomieszkiwać z Małgosią u rodziców. Nie jest to oczywiście komfortowa sytuacja. Ma ona jednak swoje zalety. W niektóre dni podróżowałam do i z pracy pociągami KM. Małgosia z babcią wychodziły po mnie na stację. Córuś szybko wypatrywała mnie spośród licznej grupy wysiadających, rozpoczynała ku mnie bieg by następnie rzucić mi się na szyję i obsypać całusami. Trudno mi było wtedy powstrzymać wzruszenie. Przez ostatni miesiąc zrobiła się bardzo gadatliwa więc z upodobaniem opowiada co przydarzyło się jej w ciągu dnia, a muszę przyznać, że ma co opowiadać bo prowadzi bardzo aktywny tryb życia tym samym skutecznie dezorganizując dziadkom plany i eksploatując ich fizycznie wspólną zabawą. Ostatnio w wyniku hasania w berka z dziadkiem (po Małgosiowemu to „bereć”) zniszczeniu uległ klosz stylowej lampy pradziadka Henia. No cóż – straty muszą być, liczone najczęściej w guzach i siniakach, inaczej nie byłoby przecież dobrej zabawy ;-) ...a klosz udało mi się na szczęście dokupić.
Kiedy patrzę w jej szczęśliwe i pełne zrozumienia oczy gdy opowiadam o postępach prac wykończeniowych w naszym domu serce mi rośnie. Czy może być coś bardziej motywującego i przepełniającego siłą do działania?

Brak komentarzy: