Myślałam, że skonam ze śmiechu kiedy Konrad wpadł dziś w odwiedziny z rozwichrzonymi szczątkami czupryny i ciastem w trzech częściach - jedna była na blasze, druga w torebce a trzecia w słoiku. To, że przygotował dla nas słodkie co nieco jest niewątpliwie urocze, ale wyjaśnienie powodu konieczności dokończenia dzieła w naszym piekarniku godne pióra mistrza Barei czy Latającego Cyrku Monty Pythona. Biedak napracował się przygotowując wszystkie niezbędne półfabrykaty kiedy złośliwie kuchenka zrobiła kabum (a dokładniej szyba w drzwiczkach piekarnika). To mogło przytrafić się tylko naszemu biednemu Konradowi. Ma niezwykły talent do wywoływania nie groźnych dla ludzkości katastrof, które są jednocześnie najzabawniejszymi i najwdzięczniejszymi do wspominania w jesienne wieczory. To, że w jego towarzystwie coś musi pójść nie tak jest niemal gwarantowane. Pamiętam między innymi jak w sylwestrową noc w Borach Tucholskich jako jedyny wzbogacił swoją kurtkę za pomocą petard w otwory wentylacyjne. Na innym sylwestrze tylko jego szampan nie chciał wystrzelić. Jakieś pięć minut po północy, kiedy nadal pastwił się nad krnąbrnym korkiem wywołując poruszenie u współimprezowiczów, wreszcie dostał się do butelki... i nie było charakterystycznego "bum" ale wszędobylski swąd popsutego trunku. Ostatnio w pracy majstrując przy instalacji wodnej spowodował lokalny potop, którego główną ofiarą był on sam oczywiście. I jak tu nie kochać tego faceta - dostarcza nam tylu radości! W tej materii można na nim polegać jak na Zawiszy.

Na obiad zjedliśmy przygotowaną przez Piotrka pizzę a potem, wbrew autokrytyce twórcy, bardzo smaczną i jeszcze ciepłą tartę śliwkową. Małgosia szybko przekonała się do wujka i śmiało ciągała za nogawkę z komendą "chodź" obligując do wspólnej zabawy. Na zakończenie wieczoru odpaliliśmy łódeczkę zrobioną z surowców wtórnych o napędzie strugowodnym na paliwo świeczkowe. Nie wiem co się Gosi bardziej podobało - to, że łódeczka pływała wydając głośne dźwięki łudząco przypominające rechot silnika Diesela czy to, że wszyscy byli na czworakach.
To był bardzo przyjemny wieczór. Szkoda, że widujemy się tak rzadko.
PS mam nadzieję, że upublicznienie powyższych anegdot z życia K. nie obniżą częstości spotkań z ich bohaterem ;-)
Na obiad zjedliśmy przygotowaną przez Piotrka pizzę a potem, wbrew autokrytyce twórcy, bardzo smaczną i jeszcze ciepłą tartę śliwkową. Małgosia szybko przekonała się do wujka i śmiało ciągała za nogawkę z komendą "chodź" obligując do wspólnej zabawy. Na zakończenie wieczoru odpaliliśmy łódeczkę zrobioną z surowców wtórnych o napędzie strugowodnym na paliwo świeczkowe. Nie wiem co się Gosi bardziej podobało - to, że łódeczka pływała wydając głośne dźwięki łudząco przypominające rechot silnika Diesela czy to, że wszyscy byli na czworakach.
To był bardzo przyjemny wieczór. Szkoda, że widujemy się tak rzadko.
PS mam nadzieję, że upublicznienie powyższych anegdot z życia K. nie obniżą częstości spotkań z ich bohaterem ;-)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz