niedziela, 7 września 2008

Ślub Jarka

Gośka była z piątku na sobotę u babci Grażynki a my mieliśmy wolny wieczór. Wczoraj, po odebraniu Małgosi, byliśmy we trójkę w Bramkach na ślubie Jarka i Ani - naszych najbliższych i jeszcze najmłodszych sąsiadów. Małgośka nie była jedynym maluchem w kościele. Zainspirowana zachowaniem nadzwyczaj ruchliwej towarzyszki również zaczęła dokazywać, aż w końcu skarcona wybuchła płaczem tuż przed przysięgą małżeńską. Musiałam wyjść z kościoła. Potem dołączyła do nas mama 3-letniej Agnieszki - inspiratorki. Jednak zanim wyszłam z kościoła wysłuchałam ciekawego kazania. Ksiądz był śmieszny - młody człowiek, znajomy młodej pary z pielgrzymek. Bardzo się starał wygłosić piękne, szczególne kazanie, czemu towarzyszył stres, a ten jak wiadomo rzadko bywa sprzymierzeńcem. To było wyjątkowe i zaskakujące doświadczenie. Zaczął konwencjonalnie - od wspomnienia jak to rankiem odkrył, że zakwitł jego kaktus, akurat teraz, w dniu ślubu jego przyjaciół i zainspirował go do tego kazania... a potem się rozkręcił. Mówił między innymi o gęsto ścielącym się trupie w "Szeregowcu Ryan'ie", o polowaniu drapieżnika na zwierzę i "memłaniu jego mięsa". Tak... to było niezapomniane kazanie ;-)
Wieczorem zapowiedzieli się z wizytą Sławki, ale coś zaniemogli.

Dziś upał jak w lipcu. Termometr zaokienny pokazywał 42 C (nie był na słońcu a tylko przy szybie). Dopiero popołudniu Piotrek zdecydował się zabrać Gośkę na spacer. Ta wymiękła i natychmiast usnęła więc nawet nie miała szansy zrobić choćby jednej rundy na placu zabaw. Ja wykorzystałam "czas wolny" na nudne porządki.

Brak komentarzy: