Dzieciaki na weekend pojechały do dziadków. My bez poślizgu czasowego (to wyjątkowo przyjemny komfort, o który ciężko przy dzieciach) przybyliśmy do jednego z gmachów Politechniki Warszawskiej. Dziedziniec budynku został przemieniony na ten wieczór w salę balową - pięknie przystrojony i bajecznie oświetlony. Piotrek pokazywał mi drzwi do sal, w których miał laborki podczas studiów i opisywał zmiany jakie tu zaszły w ciągu dziesięciu lat. Po zakończeniu sentymentalnej wycieczki po wspomnieniach z czasów studenckich zasiedliśmy do wskazanego nam stolika. Kaziki nie dotarły tłumacząc się imprezą rodzinną więc dwa miejsca obok nas pozostawały puste. Resztę zajęły trzy nieznane nam pary - absolwentki Wydziału Inżynierii Chemicznej i Procesowej z małżonkami... ze zdecydowanie wcześniejszych roczników. Siedzieliśmy cicho przysłuchując się z jednej strony inaugurującym wystąpieniom pracowników i przyjaciół Wydziału a z drugiej rozmowom współbiesiadników. Sprawiali wrażenie dobrze się pamiętających ale nie utrzymujących ze sobą kontaktów towarzyskich po skończeniu studiów. Wszyscy unikali rozmowy o własnym życiu przechwalając się sukcesami własnych, dorosłych już dzieci. Atmosfera przy naszym stoliku gęstniała. W końcu, któryś z panów chcąc przerwać tę przyciężką dysputę zagadnął Piotrka o nas. Utrzymując dotychczasowy klimat mój wesoły mąż odrzekł poważnym tonem: "A my mamy dwoje dzieci. Nasza starsza córka jest na drugim roku studiów w przedszkolu a młodsza rozpoczęła je właśnie w grupie maluchów". Na chwilę zapadła cisza po czym wszyscy buchnęli śmiechem. To skutecznie rozładowało nieprzyjemne napięcie. Chwilę później zakończyła się część oficjalna. Na talerzach pojawiły się kulinarne specjały, kieliszki wypełniły wysokogatunkowymi trunkami a na scenie rozpoczął występ skocznie przygrywający zespół. Potem czas wypełniły nam anegdoty z czasów studenckich, nieliczne rozmowy biznesowe i towarzyskie i ...taniec! Cudownie było na chwilę przenieść się jakby w inny wymiar - z dala od zasmarkanych nosków, pieluch i w ogóle poza własne cztery ściany. Jakbym znowu była na randce! LOL.
PS Powrót do domu też był cudowny. Po dzieci mogliśmy pojechać dopiero w niedzielę wieczorem. Niestety Agata godzinę temu obudziła się wymiotując. Piotrek też narzeka na słabe samopoczucie. Gosia pokasłuje. Nie są to dobre wróżby na najbliższe dni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz