Matematycznie rzecz ujmując czas wolny jest odwrotnie proporcjonalny do ilości dzieci. I nie ma że boli... nie pośpisz gdy głowa pęka, jeden szkrab domaga się zabawy a drugi karmienia.
Wczoraj zakupiliśmy Małgosi nowy fotelik samochodowy, który na stałe zagości w moim niebieskim jeździdełku. Dotychczasowy zostanie w samochodzie Piotrka. Teraz nie będziemy musieli z wyprzedzeniem ustalać do którego auta przełożyć fotelik. Decyzje o jeździe z dziećmi można wreszcie podejmować spontanicznie.
W nocy zmienialiśmy czas na letni. Nie dość, że już z założenia spaliśmy krócej, to dzień rozpoczęliśmy intensywną gimnastyką około 5 rano (licząc według starego czasu). Agata obudziła się wtedy na posiłek a ja usłyszałam dziwne pobrzękiwanie w kuchni. Sytuacja nie była wesoła - woda lała się z sufitu w kuchni i w małym pokoju zalewając między innymi przewody zasilające komputer. Po wstępnym zażegnaniu niebezpieczeństwa Piotrek ruszył do sąsiadów. Okazało się, że ucierpieli bardziej od nas a źródło kłopotów ma miejsce trzy piętra wyżej. Nie udało się za dnia odespać tej przygody. Za to umyłam okno w kuchni, podłogę, uprałam firankę (w sumie to nie miałam innego wyjścia) i zaspokoiłam potrzebę zabawy na świeżym powietrzu Małgosi. Agatka została pod opieką taty przez jakieś dwie godziny. W tym czasie ja z Małgosią byłyśmy na dwóch placach zabaw w parku. Kiedy wchodziłyśmy na pierwszy z nich zaczął kropić deszcz i towarzystwo właśnie tłumnie go opuszczało. Na szczęście pozostała na nim jedna dziewczynka, rówieśnica Gosi. Dziewczynki ładnie się ze sobą bawiły a ja miałam przyjemność konwersować z tatą Gabrysi - sympatycznym, aczkolwiek "mocno wczorajszym" gostkiem. Na drugim placu bawiła się z rezolutną Martą, której mama była zainteresowana wszystkim poza poczynaniami własnej córki. Byłam zadowolona z zaobserwowanych zachowań Małgosi wobec rówieśników - w równym stopniu przyłączała się do zaproponowanej zabawy co wykazywała własną inicjatywę i przywództwo.
W nocy zmienialiśmy czas na letni. Nie dość, że już z założenia spaliśmy krócej, to dzień rozpoczęliśmy intensywną gimnastyką około 5 rano (licząc według starego czasu). Agata obudziła się wtedy na posiłek a ja usłyszałam dziwne pobrzękiwanie w kuchni. Sytuacja nie była wesoła - woda lała się z sufitu w kuchni i w małym pokoju zalewając między innymi przewody zasilające komputer. Po wstępnym zażegnaniu niebezpieczeństwa Piotrek ruszył do sąsiadów. Okazało się, że ucierpieli bardziej od nas a źródło kłopotów ma miejsce trzy piętra wyżej. Nie udało się za dnia odespać tej przygody. Za to umyłam okno w kuchni, podłogę, uprałam firankę (w sumie to nie miałam innego wyjścia) i zaspokoiłam potrzebę zabawy na świeżym powietrzu Małgosi. Agatka została pod opieką taty przez jakieś dwie godziny. W tym czasie ja z Małgosią byłyśmy na dwóch placach zabaw w parku. Kiedy wchodziłyśmy na pierwszy z nich zaczął kropić deszcz i towarzystwo właśnie tłumnie go opuszczało. Na szczęście pozostała na nim jedna dziewczynka, rówieśnica Gosi. Dziewczynki ładnie się ze sobą bawiły a ja miałam przyjemność konwersować z tatą Gabrysi - sympatycznym, aczkolwiek "mocno wczorajszym" gostkiem. Na drugim placu bawiła się z rezolutną Martą, której mama była zainteresowana wszystkim poza poczynaniami własnej córki. Byłam zadowolona z zaobserwowanych zachowań Małgosi wobec rówieśników - w równym stopniu przyłączała się do zaproponowanej zabawy co wykazywała własną inicjatywę i przywództwo.
PS wieczorem wpadł z przeprosinami sprawca potopu - też popił jak tata Gabrysi i jakoś tak wyszło, że nie zakręcił kurka w łazience.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz