czwartek, 17 lipca 2008

Królikarnia

Sprawdziwszy rano prognozę pogody dla Warszawy optymistycznie zakładającą brak opadów, postanowiłam ruszyć się z Małgosią na dłuższy spacer w plenerze. Wybór padł na Królikarnię. Nawet nie przypuszczałam, że przyglądanie się rzeźbom i wyszukiwanie w nich wszelkich szczegółów tak się młodej spodoba. Najbardziej wstrząsające okazało się odkrycie skrzydełek przy kostkach posążku (zdaje się) Merkurego i bezkarne głaskanie kamiennego psa.
W parku była też z grubawą mamą dziewczynka w wieku Małgosi. Jej mama pochłonięta była rozmową telefoniczną o zawodowych bzdetach a córuś dawała upust egoistycznym odruchom. Gdzie nie poszłyśmy z Małgosią ta biegła za nami, a za nią podążała przyklejona do komórki mamuśka. Miała ogromną ochotę dmuchnąć Małgosi misia, jednak bezskutecznie, bo Małgosia zręcznie broniła swojej własności. Nie podsłuchiwałam rozmowy, ale jeśli ktoś z uporem maniaka łazi za mną głośno rozmawiając nie sposób jej nie słyszeć. Rozmowa nie miała konkretnej treści, co najwyżej podciągnęłabym to do ploteczek zakompleksionej businesswoman - że Gieremek nie żyje a jej biuro tłumaczeń miało w nim klienta, z którego kosili wysokie profity, gdzie to ona była, na jakich to bankietach w otoczeniu marmurów i przedstawicieli elit towarzyskich i kogo nie zna ... i to wszystko w konwencji roszczeniowej buty w głosie. Odnosiłam wrażenie, że słucham „krowy, która duży ryczy mało mleka dając”. Najbardziej mnie rozbawiła gdy opowiadała o umiejętnościach córki - ile to ona nie mówi i oczywiście już połowę z tego po angielsku. Po angielsku to i owszem mówiła - ale tylko mama zwracając się do córki – bo córka, podobnie jak moja Małgosia, do porozumiewania się z otoczeniem używała gestów i całej gamy pomruków. Cóż – to naturalne, że matczyna miłość podkolorowuje rzeczywistość ... i jest się czym pochwalić koleżance! Małgosia przysiadła przy jednej z rzeźb w ogrodzie, a dziewczynka podbiegła do niej i bez ostrzeżenia uderzyła ją w rękę. Tym razem przegięła. Wkurzyłam się. Z uwagi na brak reakcji jej własnej mamy sama krzyknęłam na to „genialne” dziecko. Tym samym zaalarmowałam bez reszty oddaną rozmowie telefonicznej mamusię. Na moment odkleiła się od słuchawki, przeprosiła mnie za córkę, po czym w ogóle nie zwracając jej uwagi wróciła do rozmowy. Chwilę później swojej rozmówczyni opowiedziała śmiejąc się, że córka broniła swojego terytorium, bo przecież od zawsze to ona ma wyłączność na rzeźby w parku.
No cóż, dzidzia raczej na wzór i podobieństwo mamy wyrośnie na cudownie zarozumiałą istotkę, za to ze świetnym przygotowaniem do zajęcia wysokiej lokaty w wyścigu szczurów... Hmm... A na kogo ja kreuję własne dziecko?
Chwilę potem zerwał się wiatr a nad nami zawisła granatowa chmura. Szybko zebrałyśmy się do powrotu uwalniając się tym samym od natrętnego towarzystwa. I całe szczęście, bo dłużej bym już chyba nie zdzierżyła.

Na przekór meteorologom lunął deszcz. Małgosia usnęła. Zdecydowałam się na przesiadkę przy Placu Zbawiciela. Tam miałam przyjemność obserwować awarię tramwaju linii 35. Dramatyzmu scence dodała grupa pokrzykujących niewybrednym słownictwem, sfrustrowanych staruszków, którym niespodziewanie przerwano jazdę. Kiedy wreszcie korpulentny motorniczy pozbył się wszystkich pasażerów z pozornie unieruchomionego składu i ledwo zdążył otrzeć pot z czoła, musiał żwawo rozpocząć pogoń za własnym pojazdem szynowym. To był rozpaczliwy acz widowiskowy wyścig. Kibiców było mnóstwo, oczywiście nikt nie rzucił się nieszczęśnikowi z pomocą. Udało się. Ofiar nie było, za to przez jakiś kwadrans miałam rozrywkę przypominającą popisy Bustera Keatona z czasów niemego kina. Po prostu piękne!
Awaria tramwaju zmusiła mnie do jazdy metrem. Musiałam iść w deszczu daleko do południowego wejścia, bo tylko z jednej strony stacji zamontowano windy do metra. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że jedyna winda obsługująca trasę z poziomu –1 na –2 była nieczynna. Wąska spacerówka i tak jest zbyt szeroka żeby przejść przez bramkę. Katastrofa. Byłam w pułapce. Po dobrych kilku minutach z opresji wybawił mnie młody sympatyczny człowiek, który pomógł mi przedźwigać wózek, i dziewczyna która swoim biletem zwalniała dla nas blokadę na bramkach umożliwiając przeprowadzenie całej akcji. Pozostało jeszcze pokonanie schodów, ale to była już bułka z masłem. I po co mi fitness czy siłownia?

Brak komentarzy: