
W środę byłam z Małgosią na pływalni. Atrakcji było tyle, że zjechałyśmy do domu po 20-tej. Między innymi nurkowałyśmy, co zostało uwiecznione przez naszą instruktorkę cyfrówką wyposażoną w specjalny "akwalung". Teraz niecierpliwie czekam na opublikowanie tej fotki na stronie naszej szkółki, gdzie póki co znalazłam dwa inne zdjęcia z zajęć sprzed pół roku - patrz: obok.Wczoraj byłyśmy na zakupach. Wśród wielu sprawunków znalazły się nowe buty Małgosi. Na koniec eskapady podjechałyśmy jeszcze do Decathlon'u gdzie kupiłam dla niej nowy dres, bo niestety z pięknego, żółtego, zakupionego przez Piotrka już wyrosła. Tam Małgośka zrobiła niezłe zamieszanie. Z wdziękiem błyskawicy łapała przedmioty eksponowane na wysokości jej wzroku i ukrywała w przedziwnych zakamarkach, z których istnienia w takim sklepie zdałam sobie sprawę dopiero wczoraj. Kiedy w końcu posadziłam ją w foteliku samochodowym usnęła "na pstryk"... i doświadczyłam remake'u sceny z misiem Jasia Fasoli.
A dziś przed trzynastą poszłam z córką na plac zabaw. Oczywiście dopadła huśtawkę. Z każdym bujnięciem główka opadała coraz niżej, śmiejące oczy robiły się coraz węższe i węższe aż zupełnie się zamknęły - dzidzia się ululała. Kiedy huśtawka samoistnie zaprzestała ruchu, zdjęłam malucha i zaniosłam do domu. Małgosia obudziła się dopiero półtorej godziny później. To był ekstremalnie krótki, bo około dwudziestominutowy spacer.
Wniosek - kupić huśtawkę do domu i cieszyć się z mężem długimi wieczorami!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz