Pełna nadziei i entuzjazmu wyruszyłam do Krakowa z Agatką na konsultację u sławy neurochirurgii dziecięcej dr Stanisława Kwiatkowskiego. Na wycieczkę zabrała się z nami Karolina i bardzo fajnie, bo podróż samochodem w obie strony była niezwykle wyczerpująca. Przynajmniej mogłam zagadać nużącą i trudną jazdę. Cały czas lał deszcz. Minęłyśmy około 15-tu stłuczek (po dziesięciu przestałyśmy liczyć). W samym Krakowie, chyba w całym mieście, wysiadły sygnalizatory świetlne. Korek dramatyczny. W miasto wjechałyśmy akurat w godzinach szczytu. Heh, a miałyśmy przed wyjazdem nadzieję na mały spacer po krakowskim rynku... Oczywiście mimo dużego zapasu czasowego spóźniłyśmy się jakieś pół godziny ale i nasz doktor zaliczył obsuwkę czasową. Najważniejsze, że konsultacja się odbyła i dużo wniosła. Może nie dowiedzieliśmy się niczego "wywrotowego" ale wróciłam z cenną wiedzą (kompletną receptą działań obejmujących różne dziedziny medycyny i techniki terapii). Przy okazji rozwiał też nasze nadzieje na fizjologiczne lub chirurgiczne podciągnięcie parametrów wzrostowych główki Agatki.
Jazda powrotna w takich samych warunkach ... nawet gorszych, bo po zmierzchu nastały mroki a niebo oferowało zaskakująco niewyczerpywalne zapasy wody. Ponownie odwiedziłyśmy podręcznego McDonald'sa w Radomiu. Do domu dotarłam przed pierwszą w nocy. Byłam potwornie umęczona.
Jakimś cudem zmusiłam się dzisiaj rano do wstania i odprowadziłam Gosię do przedszkola. To dla Gosi zupełnie nowe miejsce. Cóż to było za rozczarowanie kiedy w szatni otaczała nas chmara płaczących dzieci. To oczywiście źle wpłynęło na morale Małgosi. Wieczorem dowiedziałam się dlaczego. Gosia trafiła do grupy mieszanej 3 i 4-ro latków gdzie tych starszych jest znikomy procent (chyba czworo wliczając Gosię). Jestem rozczarowana... no cóż - uroki państwowego przedszkola. Potem dowiedziałam się jeszcze, że owszem są dwie opiekunki ale się zmieniają czyli jest jedna na 28 dzieci do południa i jedna po południu. A w drodze do domu Gosia opowiadała z oburzeniem, że musiała spać i że nie jadła obiadu (drugiego dania) bo pani kazała jej jeść łyżką po zupie...
Grrrr
Jazda powrotna w takich samych warunkach ... nawet gorszych, bo po zmierzchu nastały mroki a niebo oferowało zaskakująco niewyczerpywalne zapasy wody. Ponownie odwiedziłyśmy podręcznego McDonald'sa w Radomiu. Do domu dotarłam przed pierwszą w nocy. Byłam potwornie umęczona.
Jakimś cudem zmusiłam się dzisiaj rano do wstania i odprowadziłam Gosię do przedszkola. To dla Gosi zupełnie nowe miejsce. Cóż to było za rozczarowanie kiedy w szatni otaczała nas chmara płaczących dzieci. To oczywiście źle wpłynęło na morale Małgosi. Wieczorem dowiedziałam się dlaczego. Gosia trafiła do grupy mieszanej 3 i 4-ro latków gdzie tych starszych jest znikomy procent (chyba czworo wliczając Gosię). Jestem rozczarowana... no cóż - uroki państwowego przedszkola. Potem dowiedziałam się jeszcze, że owszem są dwie opiekunki ale się zmieniają czyli jest jedna na 28 dzieci do południa i jedna po południu. A w drodze do domu Gosia opowiadała z oburzeniem, że musiała spać i że nie jadła obiadu (drugiego dania) bo pani kazała jej jeść łyżką po zupie...
Grrrr
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz